Przypomnijmy: Bank BZ WBK, którym kierował dzisiejszy premier, jest częścią Santandera. Koncern był sponsorem stajni Ferrari, do której miał dołączyć Kubica. Gdyby tak się stało, BZ WBK miałby – wedle słów Morawieckiego – zapłacić centrali 50 mln zł. Kubicę z wyścigów wyeliminował jednak wypadek.

Wypowiedź Morawieckiego została odebrana jako dowód na jego kompletny brak wrażliwości. Rządowi spece od propagandy zareagowali szybko. Morawiecki błyskawicznie spotkał się z Kubicą, który na Instagramie opublikował zdjęcie z premierem z komentarzem: „Jedziemy dalej”.

Kilkanaście godzin później media poinformowały, że Kubica ma podpisać umowę sponsorską z Orlenem. Nieoficjalnie mówi się o 40 mln zł. Te pieniądze pomogą mu w awansie w zespole Williams Racing, w którym jest kierowcą rezerwowym.

Czy koincydencja wypadków była przypadkowa? Czy politycy PiS, bojąc się kolejnej kompromitacji premiera – także w oczach Polaków, którzy nie interesują się polityką, ale interesują się sportem – poprosili bliskiego PiS prezesa Orlenu, by ratował sytuację? Umowa sponsorska z Kubicą mogłaby udobruchać lubianego powszechnie kierowcę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej