Lizbona, pastelería - czyli ciastkarnia - w centrum, nieopodal placu Rossio. Kute złote kolumny, szklane półki, blaty z lastryko. Tuż pod sufitem w kącie telewizor kineskopowy. I obsługa: czterech mniej więcej 60-letnich mężczyzn. Spędzili tu całe zawodowe życie. 

Serwują pastéis de nata. Nie spieszą się: akurat gra Benfica. Eleganccy i fachowi podczas każdej podbramkowej sytuacji przestają zwracać uwagę na gości. 

- Ale jak to?! - zapytałby polski klient z oburzeniem. - Przecież przychodzę tu wydać pieniądze! Nie chcą?

- Ale jak to?! - wykrzyknąłby polski pracodawca. I policzył, ile czasu pracownicy spędzili, bezproduktywnie gapiąc się w telewizor.

Niemal żadna lizbońska pastelería nie miałaby prawa przetrwać w Polsce.

Nie chcesz zarobić na jeszcze jednym plasterku sera? Jesteś głupi!

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej