Był 12 grudnia 2017 r., gdy Mateusz Morawiecki z mównicy sejmowej, podczas swojego exposé, wśród priorytetów rządu wymienił ochronę środowiska. „Czyste powietrze to wyzwanie cywilizacyjne, miara tego, czy Polska jest dojrzałym krajem. Program walki ze smogiem to program wsparcia najuboższych, chcemy zlikwidować ubóstwo energetyczne” – mówił premier. I co tu dużo gadać, przez następne miesiące podtrzymywał wiarę mieszkańców, zwłaszcza z najbardziej zasmogowanych części kraju, że przewietrzy ich miasta z rakotwórczych pyłów. A to ustawą o standardach dla pieców, a to programem „Czyste Powietrze” i 130 mln złotych na likwidację przestarzałych kotłów, a to dofinansowaniem do ekologicznych źródeł ogrzewania. No i najważniejszym: przepisami regulującymi rynek węgla w Polsce.

Rynek, który od lat pozbawiony jest jakichkolwiek kontroli: na składach węglowych wcisnąć można klientom polewany wodą węgiel (by stał się cięższy) z niewiadomą ilością siarki czy popiołu. Kto nie widzi w tym problemu, niech wyobrazi sobie, że z opakowań produktów spożywczych znikają dziś wszystkie etykiety zawierające ich skład. Owszem, można ich nie czytać, ale zjadać kota w worku jednak nie jest przyjemnie. Tymczasem od lat pozwalamy, by takiego kota wrzucać do milionów polskich pieców, a potem wdychać to, co ulatuje z komina.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej