Warunek ten nie będzie wpisany do budżetu, lecz zostanie przyjęty jako osobne rozporządzenie, które może być zablokowane przez Radę UE większością 55 proc. krajów reprezentujących 65 proc. ludności Unii. Za powiązaniem funduszy unijnych z praworządnością jest większość krajów Europy Zachodniej i Północnej, a przeciwko są Polska, Węgry, a być może także Bułgaria, Rumunia i Słowacja.

Propozycja Komisji Europejskiej odtwarza więc podział na starą i nową Europę. Ta druga nie tylko korzysta z pieniędzy płatników netto – bogatszych krajów zachodnich – ale też nie przestrzega europejskich norm i wartości. Jeśli propozycja KE zostanie przyjęta, Polska po raz kolejny w swej historii znajdzie się po gorszej stronie granicy dzielącej Europę.

Czytaj także: Polska znów trochę ustępuje Brukseli

Ten pesymistyczny scenariusz nie musi się spełnić. Wstępny zarys kolejnej perspektywy budżetowej jest dla Polski całkiem korzystny. Wprawdzie fundusze spójności mają być o 7 proc. mniejsze, a pieniądze na politykę rolną i rozwój terenów wiejskich o 5 proc., ale Polska może otrzymać niewiele mniej niż w obecnej perspektywie, w której jako jedyny kraj Unii utrzymaliśmy dotychczasowy poziom finansowania. Kilkuprocentowe obniżenie funduszy można zresztą zrekompensować ich lepszym wykorzystaniem. Wśród polityków PiS po pierwszych doniesieniach z Brukseli zapanowała euforia. Jest lepiej, niż przewidywaliśmy, to dzięki naszemu rządowi – cieszyli się. Informacja o powiązaniu funduszy z praworządnością ostudziła entuzjazm.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej