Jest ich ponad tysiąc, a kto choć raz był w Berlinie, zna je doskonale: Spätis, czyli niewielkie sklepy – czy raczej większe kioski – sprzedające przede wszystkim alkohol, papierosy i produkty spożywcze, w przytłaczającej części prowadzone przez imigrantów i ich potomków.

Nie mają jednak wiele wspólnego z polskimi zglajchszaltowanymi Małpkami, Żabkami czy Carrefourami w wydaniu convenience: każdy jest inny, a ich uroda jest raczej względna i całkowicie drugoplanowa.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej