TLK "Gwarek", który w sobotę jechał z Katowic do Słupska, dotarł do celu dziewięć godzin po czasie. Pasażerowie podczas 19-godzinnej podróży pomocy nie doczekali się od przewoźnika, najwięcej zdziałali strażacy.

Co się dokładnie stało? I jakie błędy popełniono? 

Najpierw śmierć, potem piekło na stacji 

Pierwszą przyczyną opóźnienia była śmierć jednego z pasażerów na pokładzie (przyczyny śmierci nie są jeszcze znane). Wagon, w którym podróżny zmarł, musiał zostać odłączony od całego składu i zdezynfekowany. Podróżnych przeniesiono do innych wagonów, na miejscu pojawił się prokurator. Wtedy pociąg złapał 3 godz. opóźnienia.

Już wówczas dyspozytor ruchu Intercity powinien się zastanowić, jakie taki postój może mieć skutki dla pasażerów. 

Opóźnieniu z powodu śmierci pasażera nie dało się, rzecz jasna, zaradzić. Ale później z powodu awarii sieci trakcyjnej pociąg utknął w Rogoźnie, gdzie zaczęło się prawdziwe piekło. Temperatura na stacji wynosiła 37 st. Celsjusza i interweniować musiała straż pożarna, która polewała perony wodą, żeby je schłodzić.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej