Były szef resortu finansów Mateusz Szczurek - lat 43, pięcioro dzieci, zapalony rowerzysta, człowiek, którego do rządu ściągnęła rekomendacja Jana Krzysztofa Bieleckiego - wypadł nieźle. Dużo lepiej niż zeznająca we wtorek była premier Ewa Kopacz, która, wyraźnie zdenerwowana, mówiła chaotycznie, w efekcie czego ultrasi prawej strony sceny politycznej w niewybredny sposób komentowali na Twitterze krótkie filmiki z jej językowymi wpadkami i niespokojnymi gestami.

Szczurek był opanowany, kulturalny i merytoryczny. Kilkakrotnie celnie punktował członków komisji.

Do resortu finansów przyszedł w listopadzie 2013 r., kiedy premierem był Donald Tusk, szefem ministerstwa był również za rządów Ewy Kopacz.

Po Jacku Rostowskim (którego w tamtym czasie uważano za politycznie zużytego i krytykowano za to, że zamiast reformować finanse publiczne, szuka pieniędzy w cięciu OFE) miał być nowym otwarciem.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej