„Gospodarka nie jest celem samym w sobie, ale środkiem do celu” - brzmi jedno z kluczowych zdań z najnowszego raportu Josepha E. Stiglitza - amerykańskiego ekonomisty i laureata Nagrody Nobla. Nie zostawia suchej nitki na tym, jak współcześnie myślimy o gospodarce.

Wzrost PKB? Nie oznacza wcale, że ludziom będzie żyło się lepiej.

Ale od początku. Punkt wyjścia zespołu Stiglitza: Unia Europejska jest w kryzysie. Jej założyciele chcieli zbudować byt oparty na pokoju, dobrobycie i wartościach fundamentalnych - wolności, solidarności, równości.

Ostatnia dekada przyniosła jednak powolny wzrost gospodarczy (w latach 2008-17 gospodarka USA rosła o 1,5 proc. rocznie, europejska - o 0,8 proc.), albo recesję w Grecji czy Hiszpanii. Wraz ze spowolnieniem i globalizacją przyszły niepewność, frustracja i rosnące nierówności i przerodziły się w populistyczne ruchy, resentymenty historyczne czy brexit.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej