Gabriela Łazarczyk: Od 28 grudnia obowiązuje ustawa zamrażającą ceny prądu. Po niemal pół roku jedyne, co z niej wynika, to zamieszanie. Po co to było?

Maciej Bando: Skoro za przyjęciem ustawy głosowało 389 posłów, zarówno z partii rządzącej, jak i opozycji, to chyba oznacza, że potrzeba była. Inną sprawą jest, jaka to potrzeba. Niektórzy nazywają ją kiełbasą wyborczą.

Mówiłem to nieraz: tego jednego dnia drzwi, które nigdy nie powinny zostać otwarte, zostały wyjęte z zawiasów. Nie było wcześniejszych prób działań łagodzących wzrost cen energii ani szukania innych rozwiązań.

Jakich na przykład?

- Jeśli mógłbym dać jakąś radę, to zaproponowałbym stosunkowo proste rozwiązanie: dajcie pracować regulatorom. Nie tyczy się to jedynie cen prądu, ale także prowizji bankowych czy telekomunikacji.

Skoro regulator jest elementem administracji rządowej, to ma swoją rolę. Zamiast ją marginalizować i samemu grać rolę dobrego szeryfa, wypadałoby najpierw sprawdzić, jak się w niej spisujemy jako regulatorzy, a dopiero potem oceniać i w razie potrzeby podejmować bardziej radykalne kroki.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej