Niektóre modele potrafią rozwinąć prędkość jak motorower, ale traktowane są jak piesi i poruszają się po chodnikach. Po polskich miastach porusza się coraz więcej hulajnóg elektrycznych, a brak odpowiednich regulacji sprawia, że nie wiadomo, jak je traktować, gdy dochodzi do szkody.

W Warszawie nastolatek poruszający się hulajnogą po chodniku potrącił kobietę. Poszkodowana trafiła do szpitala, ale nie była to jedyna konsekwencja, którą poniosła. Została też ukarana mandatem za nieostrożne poruszanie się po chodniku. Policjanci potraktowali obydwoje uczestników zdarzenia jak pieszych.To sprawiło, że wypłynęła sprawa odpowiedzialności za szkody spowodowane przez użytkowników hulajnóg elektrycznych.

Szybko zareagował Zarząd Dróg Miejskich w Warszawie, który przypomniał to, z czym borykają się ubezpieczyciele: elektryczna hulajnoga nie ma definicji prawnej. Czytając przepisy wprost, można uznać ją za motorower (co oznacza obowiązek rejestracji, posiadania polisy OC czy noszenia kasku). Tę linię przyjął dwa lata temu sąd w Lublinie, który rozpatrywał sprawę śmiertelnego wypadku z udziałem chłopca poruszającego się hulajnogą elektryczną po chodniku. Sąd uznał wówczas, że tego typu pojazd należy traktować jak motorower, mimo że nie ma jasnych zapisów w polskim prawie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej