Sprawę M. opisywałam w lipcu 2017 roku: przez pięć lat pracował w dziale doradztwa transakcyjnego EY. Kiedy pogorszył się stan jego zdrowia, a lekarz zalecił odpoczynek, M. uzyskał od przełożonych zgodę na pracę przez kodeksowe 8 godzin dziennie. Wkrótce jednak dostał wypowiedzenie. To wtedy poradził się prawniczki, która uświadomiła mu, że zadaniowy czas pracy - w jakim pracował - nie oznacza, że nadgodziny są bezpłatne lub niczym nienormowane, lecz jedynie, że przepisowe 8 godzin dziennie można elastycznie kształtować.

- Pracodawca zapewniał mnie, że nic mi się nie należy - opowiada M.

11 marca - po blisko czterech latach procesu i aż 20 rozprawach - zapadł wyrok w sądzie pierwszej instancji.

Sędzia przychyliła się do opinii, że EY robił sobie z nieodpłatnych nadgodzin regularne źródło oszczędności

- mówi M.

EY będzie musiał zapłacić mu za 250 nadliczbowych godzin pracy, choć M. zapewnia, że było ich kilka razy więcej - na tylko tyle jednak udało mu się zebrać dowody.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej