Wciąż powszechne jest przekonanie, że wielkie sieci fatalnie traktują pracowników. Do tej pory przez związkowców powtarzane są historie o kasjerkach, które pracowały w pampersach, bo nawet na chwilę nie mogły odejść od stanowiska. Są one z gruntu nieprawdziwe, choćby dlatego, że kasjerki nie byłoby stać na pampersy.

Przez lata w handlu płaciło się wyjątkowo słabo, a wymagało dużo. Sklepy, tnąc koszty, zmniejszały zatrudnienie – w hipermarketach kilka lat temu pracowało po 800 osób, dziś pracuje po 200. Sprzedawcy przez lata dostawali pensję minimalną.

A teraz?

A teraz, patrząc na PR-owe komunikaty sieci, można sparafrazować piosenkę zespołu Golec uOrkiestra: „Tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco”.

4350 brutto w Lidlu?

Pięć lat temu według oficjalnych deklaracji sieci pracownik Lidla zarabiał powyżej 2 tys. zł brutto, a po dwóch latach 2,6 tys. zł.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej