W Warszawie jest ok. 9 tys. pustostanów.  W znacznie większym Berlinie - nie ma już wcale. Na jedno mieszkanie we wschodniej, uchodzącej za niebezpieczną dzielnicy z wielkiej płyty Marzahn przypada 369 chętnych do obejrzenia. Leżące na uboczu Spandau to już 532 osób na ofertę. Ale to i tak nic przy Prenzlauer Berg (705), Charlottenburgu (803) czy Neuköln (836).

Berlin działa jak magnes. Każdego roku wprowadza się do niego ok. 50 tys. nowych mieszkańców. Ale w kamienicach przy słynnej berlińskiej handlowej ulicy Kurfürstendamm i w bocznych uliczkach nie palą się światła. Dlaczego?

Większość tutejszych mieszkań to długoterminowe inwestycje: korzystając z gigantycznego zainteresowania miastem, spółki z branży nieruchomości skupują je w tysiącach, pozbywają się lokatorów - którzy tylko im przeszkadzają - a potem odsprzedają je drożej.

- Nie chcę dłużej bezradnie przypatrywać się, jak nasze miasto jest wykupywane przez wielki kapitał - mówi Rouzbeh Taheri, rzecznik obywatelskiej inicjatywy, która chce skończyć ze spekulacjami na berlińskim rynku nieruchomości, które spowodowały, że ceny najmu rosną w zastraszającym tempie, już brakuje 80 tys. mieszkań, a część "starych" mieszkańców Berlina będzie niedługo zmuszona opuścić miasto, na które przestaje ich być stać.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej