- Jak to? Dlaczego nikt tego nie przewidział? – spytała wściekła angielska królowa Elżbieta II, kiedy dowiedziała się o krachu na Wall Street w 2008 r. – Wasza wysokość, takich kryzysów nie da się przewidzieć – odpowiedział jej ekonomista z Banku Anglii. Powód złości królowej był prosty: w ciągu jednego dnia jej portfel inwestycyjny uszczuplił się o 25 mln funtów.

Rozmówca królowej miał jednak rację. Po upadku banku inwestycyjnego Lehman Brothers w 2008 r. o przyczynach światowego kryzysu napisano tysiące stron. Ich autorzy przekonująco potrafią opisać przyczyny krachu, ale istotą tych rozważań jest to, że powstały po fakcie.

Kryzys z 2008 r. był taką traumą, że ekonomiści desperacko starają się przewidzieć następny. A mówienie o tym, że jest nieunikniony, stało się już mantrą.

Problem w tym, że w tej chwili trudno go sobie wyobrazić. A wiele wskazuje, że tym razem kryzys nie zacznie się na giełdzie.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej