Mindestlohn - czyli niemiecką stawkę minimalną za godzinę pracy - wprowadzono 1 stycznia 2015 roku przy akompaniamencie żywych protestów pracodawców. Początkowo wynosiła 8 euro i 50 centów, po roku została podniesiona do 8,84 euro.

Najgłośniejsze veto dochodziło z szeregów przedstawicieli branż, w których płacono 5 euro za godzinę i mniej: przede wszystkim hotelarstwa i gastronomii. Na sztandar wzięto ogórki spreewaldzkie, kultowy regionalny wyrób. Kto oglądał film "Goodbye, Lenin", z pewnością pamięta scenę, kiedy wybudzona ze śpiączki już po upadku muru berlińskiego kobieta właśnie ogórki ze Spreewaldu wymienia jako jeden z pierwszych produktów, których pragnie spróbować.

"Koniec spreewaldzkiego ogórka jest przesądzony, a winna jest pensja minimalna" - mówił w 2014 roku na łamach magazynu "Die Wirtschaftswoche" Konrad Linkenheil, plantator z Brandenburgii. Linkenheil zatrudniał przede wszystkim Polaków i Rumunów - za 4 do 5 euro za godzinę. Półtora roku później - gdy stawkę minimalną postanowiono podnieść do 8,84 euro, skontaktowałam się z Linkenheilem. 

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej