Kiedy wicemarszałek Stanisław Tyszka zapytał, kto ze zgromadzonych w piątek w Sejmie zna projekt tzw. ustawy energetycznej, nad którym zagłosują za kilka godzin, rękę podniosło kilku posłów. Większość do rozpędzonego przez premiera Mateusza Morawieckiego ekspresu nie zdążyło wskoczyć, bo kluczowe poprawki do proponowanych zmian rząd wprowadził tuż przed specjalnym posiedzeniem parlamentu.

Rozmnożone wydatki na prąd

Jeszcze tydzień temu receptą Prawa i Sprawiedliwości na wzrost cen prądu, który zelektryzował całą Polskę, była obniżka akcyzy na energię elektryczną z 20 do 5 zł za MWh, zmniejszenie opłaty przejściowej oraz oszczędności w spółkach energetycznych. W projekcie liczącym zaledwie dwie strony szacowano, że będzie to kosztowało budżet państwa około 3,5 mld zł.

Jednak w piątek wraz z dokumentem, który po poprawkach liczył już 12 stron, do ponad 9 mld zł spęczniała także suma wydatków. Minister Energii Krzysztof Tchórzewski tłumaczył w Sejmie, że koszty spowodowane są rozbudowaniem projektu do czterech filarów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej