W szufladach komisji nadzwyczajnej znajdują się obecnie aż cztery projekty ustaw w sprawie pomocy dla frankowiczów. Połowa z nich jest autorstwa prezydenta. Frankowicze na pomoc czekają od załamania się kursu franka w styczniu 2015 r. I powoli zaczynają tracić cierpliwość.

Wszystko zaczęło się ponad dziesięć lat temu. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej nad Wisłą zaczął się boom mieszkaniowy. Lokale kupowali Polacy oraz żądni zarobku Europejczycy, którzy wiedzieli, że po otwarciu rynku w Polsce ceny nieruchomości pójdą ostro w górę.

To wtedy Polacy masowo poznali pojęcie kredytu walutowego. W skandalicznych okolicznościach. Ludzie przychodzili do banków i słyszeli, że nie mają zdolności kredytowej. Przynajmniej w złotówkach. Bo kiedy zdecydowaliby się na pożyczkę we frankach, to bank byłby skłonny przyznać wymarzony kredyt.

Często też kredytobiorcy dowiadywali się np., że w złotówkach ich zdolność kredytowa to 200 tys., ale jeśli wezmą kredyt walutowy, to podskoczy ona do 300 tys. Później sami bankowcy mówili, oczywiście anonimowo, że to kryminał, a nie uczciwa bankowość.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej