Nieuchronność podwyżek cen prądu jest oczywista przynajmniej od roku. Główne powody są dwa: węgiel, z którego produkujemy energię, jest coraz droższy, rosną też ceny praw do emisji CO2 (a im więcej energii powstaje nie z OZE, tym więcej tych praw trzeba kupić).

Prawdę o tym wciąż wypierają politycy, przynajmniej oficjalnie. Przez długie tygodnie zapewniali, że to, o czym mówią eksperci, to bujda. Gdy zaczęły rosnąć ceny prądu na giełdzie, a koncerny energetyczne przebąkiwać o podwyżkach, politycy robili coraz gorszą minę do złej gry.

Jeszcze jesienią szacowało się, że podwyżki cen prądu w przyszłym roku wyniosą 10-15 proc. Dziś komercyjni odbiorcy dostają nowe propozycje kontraktów z cenami o 40-70 proc. wyższymi.

Minister energii Krzysztof Tchórzewski wpadł więc na "genialny" pomysł: państwo zrefunduje to, co ludzie mieliby zapłacić więcej. Ale "zrefunduje" nie znaczy, że odda pieniądze do naszej kieszeni, tylko wyrówna rachunki dostawcom energii.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej