Były wicepremier i minister finansów Jacek Rostowski na sali przesłuchań zjawił się z dwuminutowym opóźnieniem.

Wyciągnął z eleganckiej torby plik kartek. Skłonił się dystyngowanie komisji. Podszedł do niego przewodniczący komisji Marcin Horała i się przywitał. Politycy uściskali sobie ręce, trochę na podobieństwo bokserów wychodzących na ring.

A później padły już standardowe formułki. „Na wezwanie komisji stawił się Jan Vincent Rostowski.” Horała pouczył świadka, że ma on mówić prawdę i tylko prawdę. Ostrzegł, że za składanie fałszywych zeznań grozi kara pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

– Czy zrozumiał pan treść pouczenia? – zapytał Horała.

– Zrozumiałem panie przewodniczący – odpowiedział Rostowski, lat 67, z wykształcenia ekonomista.

Byłemu wicepremierowi na sali towarzyszył adwokat Marek Chmaj. To prawdopodobnie efekt złożonego kilkanaście dni temu wniosku komisji (głosami PiS) do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstw przez byłego ministra finansów Jacka Rostowskiego oraz byłego szefa kancelarii premiera Sławomira Nowaka. Zdaniem posłów PIS (powołujących się na wcześniejsze zeznania przed komisją byłej wiceminister Elżbiety Chojny-Duch) obaj politycy PO nie dopilnowali wpływów z VAT.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej