Były wicepremier i minister finansów Jacek Rostowski na sali przesłuchań zjawił się z dwuminutowym opóźnieniem.

Wyciągnął z eleganckiej torby plik kartek. Skłonił się dystyngowanie komisji. Podszedł do niego przewodniczący komisji Marcin Horała i się przywitał. Politycy uściskali sobie ręce, trochę na podobieństwo bokserów wychodzących na ring.

A później padły już standardowe formułki. „Na wezwanie komisji stawił się Jan Vincent Rostowski.” Horała pouczył świadka, że ma on mówić prawdę i tylko prawdę. 

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej