Jabłka w tym roku nie zejdą, nie ma szans. Jest ich ponad 5 mln ton, o ponad połowę więcej niż w zeszłym sezonie. Przez ogromną nadprodukcję ceny w skupie spadły tak bardzo - nawet poniżej 15 gr - że sadownicy przestali je zbierać. Bo doliczając koszty pracownicze, nie zarobiliby nic albo wręcz musieliby dopłacać do interesu.

- Po dwa-trzy dni sadownicy stali w przetwórniach, żeby jabłka sprzedać, a właściwie oddać, bo po takich cenach to żaden handel. Surowca jest nadmiar - mówi Witold Boguta, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw.

Zmowa cenowa?

Andrzej Mróz z gospodarstwa sadowniczego w Kozietułach (Mazowieckie) jest przekonany, że wśród przetwórców jest zmowa cenowa i przez to ceny są tak niskie.

- Prawie wszystkie firmy przetwórcze są związane z niemieckim przetwórcą Dohler, przez co jest on praktycznie monopolistą - mówi Mróz. Według niego przetwórcy nie wykorzystują w pełni mocy przetwórczych, żeby utrzymywać tanie ceny jabłek w skupie. Dodaje jednak: - Rozumiem, że rynek pozwala na zaniżanie cen przy nadpodaży, ale powinien istnieć w państwie mechanizm, który nie pozwalałby na wykorzystywanie przewagi monopolu. 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej