Na miejscu strajku pilotów, stewardess i stewardów wciąż jest dużo policji. Prezes PLL LOT Rafał Milczarski twierdzi, że jej nie wezwał, strajkujący zaś mówią, że od policjantów wiedzą, że to zarząd sprowadził funkcjonariuszy.

W poniedziałek sytuacja eskalowała. Zarząd spółki zwolnił dyscyplinarnie 67 pracowników i pracownic, którzy od czwartku protestują. We wtorek PLL LOT poinformował, że przyjmie z powrotem zwolnionych, jeśli tylko przyznają, że popełnili błąd, podejmując strajk, i zaniechają jego kontynuacji. A zaraz potem zaczęto wręczać pilotom pisma przedsądowe.

- Mają zapłacić po 400, 600, 800 tysięcy za straty, które spowodowali nie odbywając rejsów - mówi Piotr Szumlewicz, szef mazowieckiej OPZZ.

- Cała Polska obserwuje, co dzieje się w tym przedsiębiorstwie państwowym. Wczoraj zwolnionych zostało 67 osób za to, że podjęły strajk. Ta sytuacja wymaga od nas jako Sejmu zajęcia się tą sprawą. PiS pokazuje, jak szanuje prawa pracownicze - mówił we wtorek podczas posiedzenia Sejmu Michał Szczerba, poseł Platformy Obywatelskiej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej