W czwartkowe południe 18 października kilkuset - jak szacują organizatorzy - taksówkarzy przejedzie przez Warszawę w proteście przeciwko "nieuczciwym przewoźnikom", m.in. Uberowi i Taxify.

Debata o taksówkarzach oraz kierowcach wykonujących ten sam zawód, ale przyjmujących zlecenia przez aplikacje i niestosujących się do obowiązujących w Polsce przepisów o przewozie osób trwa od kilku lat. Zazwyczaj sprowadza się do opowiedzenia się za wolnym lub uregulowanym rynkiem. Problem w tym, że rynek nie jest wolny w takim samym stopniu dla wszystkich przewoźników. A nowelizacja ustawy o transporcie drogowym od kilku lat znajduje się w sejmowej zamrażarce - rządzący nie interesują się załatwieniem problemu przewoźników.

Wchodząc do Polski, szefowie Ubera tłumaczyli w 2014 r., że Uber nie jest korporacją taksówkarską, tylko dostawcą aplikacji - dlatego firmy nie dotyczy ustawa regulująca rynek przewozu osób. Dopiero pod naciskami władzy i opinii publicznej Uber zdecydował się wprowadzić obowiązek posiadania przez swoich kierowców kas fiskalnych czy licencji. Do dziś nie wszyscy kierowcy jednak je mają. Uber umowy z kierowcami zawiera przez holenderską spółkę i nie płaci VAT w Polsce. Z kolei duża część kierowców jeździ na umowach cywilnoprawnych i państwo traci pieniądze należne z tytułu składek ZUS.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej