Zielone certyfikaty to świadectwa pochodzenia prądu ze źródeł odnawialnych, które na giełdzie nabywają m.in. koncerny energetyczne. Jeśli nie produkują wystarczająco dużo zielonej energii własnym sumptem, muszą wykazać odpowiednią ilość takich świadectw albo wnieść opłatę zastępczą do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. Dokładnie rok temu Daniel Obajtek, ówczesny prezes Energi, zdecydował o zaprzestaniu zakupu certyfikatów od 22 (spośród 150) farm wiatrowych i kredytujących je banków. Jako powód podał „zmiany w systemie wsparcia OZE, które spowodowały drastyczny spadek cen rynkowych certyfikatów od poziomu opłaty zastępczej”. Postanowił udowodnić przed sądem, że umowy na ich zakup zostały zawarte bezprawnie, bo nie były poprzedzone przetargami.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej