153 proc. dopuszczalnej normy w Krakowie, 144 proc. w Katowicach i 138 proc. w Warszawie - tyle wynosiło średnie stężenie śmiertelnie trującego dwutlenku azotu w powietrzu w ostatnich trzech latach. Za jego obecność w głównej mierze odpowiedzialne są zanieczyszczenia komunikacyjne. A te wciąż są utrapieniem polskich miast. Takie wnioski płyną z najnowszych raportów Najwyższej Izby Kontroli (NIK) dotyczących ochrony powietrza w Polsce.

W pierwszym z nich Izba alarmuje: proces redukcji emisji pyłów i benzo(a)pirenu przebiega opieszale i przy obecnym tempie działań rządu zajmie nam od 24 do nawet 100 lat! Problemem były pieniądze. W minionych 3,5 roku w całym kraju na wymianę kopciuchów przeznaczono 153,4 mln zł, a tylko w województwach małopolskim, mazowieckim i śląskim potrzeba na to było 14,2 mld zł!

NIK: Auta trują coraz bardziej

NIK raportuje jednak, że o ile rząd podjął jakąkolwiek walkę z niską emisją z domowych palenisk, o tyle opieszale podszedł do tematu redukcji tego, co wydobywa się z rur wydechowych. „O ile w przypadku źródeł przemysłowych ograniczono emisję zanieczyszczeń do atmosfery, o tyle w przypadku transportu nie uległa poprawie” - pisze NIK w drugiej części raportu. Na potwierdzenie tezy przywołuje dane Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami (KOBiZE). Te wskazują wprawdzie na zmniejszenie się wielkości emisji dwutlenku azotu w latach 1990-2016 o 31 proc., ale „redukcję tę osiągnięto w ciągu 26 lat i była ona w dużej mierze wynikiem obniżenia wielkości emisji z sektora przemysłowego, zwłaszcza w obszarze produkcji energii elektrycznej i ciepła (spadek emisji o 67,5 proc.)”. Niestety, w przypadku sektora transportowego poziom emisji NO2 wzrósł prawie o 20 proc! 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej