10 proc. – tyle zgodnie z ustawą o elektromobilności wynosić ma udział pojazdów na prąd we flocie gmin (powyżej 50 tys. mieszkańców) i jednostek pomocniczych w styczniu 2020 roku. Takim manewrem rząd chciał szybko zwiększyć liczbę elektrycznych aut na polskich drogach. Niestety zapomniał, że niektórych rodzajów pojazdów obsługujących zadania komunalne na rynku jeszcze nie ma albo są kosmicznie drogie. Przykład? Śmieciarki, za których prototypy trzeba zapłacić 3 mln zł, podczas gdy zwykła kosztuje 700 tys. zł.

– Przemysł pracuje już nad takimi specjalistycznymi pojazdami elektrycznymi, ale jest to technicznie niemożliwe, by któryś zaprojektował i zaczął je seryjnie produkować w ciągu pół roku – oceniał niedawno Michał Wekiera z Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. Podkreślał przy tym, że stopniowa wymiana floty gminnych jednostek na bardziej ekologiczną to bardzo ważne zadanie z uwagi na politykę UE zakładającą ograniczenie emisji dwutlenku węgla. Ale na to potrzeba czasu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej