PiS zaczął polowanie na tłuste koty. Ekstra opodatkowanie milionerów, nad którym prace właśnie wchodzą w decydującą fazę, ma wejść w życie z początkiem przyszłego roku. Pomysł nikogo jednak nie rusza.

Nie rusza opozycji, bo trudno rozdzierać szaty i lamentować nad losem ultrabogatych.

Nie rusza społeczeństwa, bo niemal przez wszystkich kwota miliona złotych rocznie (podatek wynosi 4 proc. od nadwyżki dochodu ponad 1 mln zł) uznawana jest za granicę konsumpcyjnego rozpasania.

Nie rusza nawet specjalnie samych zainteresowanych, czyli milionerów. Jest ich według rządu 21 tys. osób. Dorzucą średnio po jakieś 55 tys. zł rocznie, czyli równowartość taniego, nowego samochodu kompaktowego. Podatek ma przynieść w sumie 1,8 mld zł, z czego 1 mld 150 mln zł od bogatych, a 647 mln zł z podskubania Funduszu Pracy.

Daninę zapłacą przede wszystkim rodzimi przedsiębiorcy (zagraniczne firmy i menedżerowie rozliczają się CIT albo za granicą). Ale pomysł jest fatalny z innego powodu.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej