Podpisana w ubiegłym tygodniu przez prezydenta Andrzeja Dudę specustawa mieszkaniowa pozwala deweloperom budować nowe osiedla z pogwałceniem ustaleń miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. Nowe przepisy mają przyspieszyć m.in. budowę lokali w ramach rządowego programu "Mieszkanie plus". Aktywiści, urbaniści, architekci i sami deweloperzy przyznają jednak, że "lex deweloper" może sprzyjać chaotycznej zabudowie w miastach. Zwolennicy nowego prawa podkreślają z kolei, że na rynku wreszcie przybędzie mieszkań.

GABRIELA ŁAZARCZYK: - Ciasne, betonowe osiedla bez placów zabaw, likwidacja zieleni, wszędzie korki - takiego efektu specustawy mieszkaniowej obawiają się mieszkańcy polskich miast. Słusznie?

mec. JACEK KOSIŃSKI:  Efekty nowych przepisów są trudne z góry do przewidzenia, jednak ryzyko dzikiej, niekontrolowanej zabudowy miast nie jest aż tak duże, jak się niektórym wydaje. Przede wszystkim dlatego, że ustawa daje wyraźne warunki, pod którymi tzw. decyzja o ustaleniu lokalizacji, czyli wstępna zgoda na powstanie osiedla w danym miejscu, może być wydana. Jeśli nie powstaje ono w oparciu o już istniejącą infrastrukturę, deweloper chcąc uzyskać taką decyzję od rady gminy będzie musiał wybudować np. drogę, sieć mediów czy pętlę autobusową, aby mieszkańcy mieli dostęp do transportu publicznego . Nowe przepisy wymagają, aby mieszkańcy do przystanku mieli nie dalej niż 1 km, a w większych miastach - 500 m. Budujący w oparciu o plany zagospodarowania przestrzennego takich wymogów nie mają. Jest też podana minimalna odległość od szkoły czy przedszkola. W koncepcji architektonicznej dołączonej do wniosku musi być ujęta infrastruktura rozrywkowo - sportowa, czyli np. place zabaw oraz zieleń.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej