Swoich klientów szukają w szpitalach, na cmentarzach. Na miejsce wypadku potrafią przyjechać szybciej niż policja czy pogotowie. Do pracy werbują pracowników karetek, policjantów i mieszkańców czarnych punktów na polskich drogach. Nieprzytomnym poszkodowanym podsuwają do podpisu umowy, zgodnie z którymi powierzają walkę o odszkodowanie pracownikom kancelarii, godząc się jednocześnie zapłacić za usługę procent wypłaconego świadczenia.

Nie mają prawników z prawdziwego zdarzenia, wysyłają pisma przedsądowe ze szkiców z internetu, a nawet proszą o pomoc specjalistów z biura Rzecznika Finansowego. Gdy uda im się uzyskać odszkodowanie z ubezpieczalni, pobierają prowizję i resztę przelewają na konto poszkodowanego. Zwykle potrącają ok. 20 proc. odszkodowania, ale jeszcze kilka lat temu potrafili za taką usługę wziąć nawet połowę wywalczonej kwoty.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej