We wtorek polska budżetówka po raz pierwszy powiedziała głośno: „Dość upokorzeń!”. Słusznie. Pracownik sanepidu z wykształceniem wyższym zarabia 1,5 tys. zł na rękę. Fizjoterapeuta – 1,7 tys. zł. Świeży nauczyciel – niespełna 1,8 tys. zł. Codziennie ryzykujący życie strażak z długim stażem – 3,3 tys.

Zrzeszone w OPZZ związki – strażacy, policjanci, pracownicy ochrony zdrowia, nauczyciele i inni – zapowiadają wielki strajk. Płace ponad 3 mln pracowników i pracownic budżetówki pozostają zamrożone od 8-13 lat. Zjada je rosnąca inflacja, ich siła nabywcza spada. A jesień może być jeszcze gorętsza, bo protesty zapowiedziało też Porozumienie Zawodów Medycznych. Już protestują policjanci. Budżetówka grozi eksplozją.

Rozdźwięk między wzrostem wynagrodzeń w sektorze prywatnym (7 proc., średnia 4,7 tys. zł) i publicznym (1,8 proc.) jest gigantyczny. Jak działać ma państwo, którego urzędnicy, funkcjonariusze i inni pracujący w sektorze publicznym specjaliści po pomoc chodzą do opieki społecznej?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej