– To już firmowa tradycja, poprzedni prezes Sebastian Mikosz też zwolnił szefową związku. Po kilku latach sąd oczywiście przywrócił ją do pracy i wypłacił odszkodowanie. Ja też spotkam się z przedstawicielem pracodawcy w sądzie - mówi Monika Żelazik w rozmowie z "Wyborczą". 

Zwolnienie ma związek z "bojowym" mailem, którego Żelazik wysłała do związkowców tuż przed planowanym strajkiem. Pisała w nim: "My zakupiliśmy kilka rac, dwa wozy opancerzone, starą wyrzutnię rakiet, kilka granatów ręcznych i niech każdy weźmie z domu, co po dziadach zostało, oraz butlę z benzyną! Ostatecznie powstańcy warszawscy byli gorzej przygotowani, byli rozproszeni, a trzymali się tyle dni… Czy naprawdę ktoś jeszcze wątpi, że jesteśmy prawdziwą siłą, zresztą zawsze byliśmy, ale duch w nas jakoś podupadł. Trzeba w życiu pozostawić po sobie jakiś ślad, zbudować fragment historii, być dumnym z tego, kim się jest, i żyć tak, aby nikogo nie krzywdzić. Nie zaginamy tu czasoprzestrzeni, po prostu walczymy o swoją godność". 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej