Ustawa o zakazie handlu w niedzielę miała oficjalnie dwa cele. Pierwszy, o którym było głośniej, daje wolny dzień 377 tys. kasjerek i kasjerów.

Drugim nie mniej ważnym celem wprowadzenia zmian było coś w rodzaju słusznej odpłaty na wielkich w większości zagranicznych sieciach handlowych. Ustawa przyznała bowiem możliwość otwierania się w każdą niedziele małym sklepom, zazwyczaj zrzeszonym w mniejszych bądź większych sieciach franczyzowych, jeśli tylko za ladą stanie właściciel.

Miał być to swego rodzaju bonus - skoro klienci nie pójdą do Biedronki czy Lidla, to dadzą zarobić panu Krzysiowi lub pani Marioli. Logiczne? Poniekąd. Ale niekoniecznie z logiką rynkową. Posłowie ani związkowcy z Solidarności nie chcieli słuchać, że zachodnie sieci, tak jak na Węgrzech, po prostu nasilą promocje na koniec tygodnia, a ludzie będą kupować na zapas.

I co? Teraz widać, że tak się właśnie dzieje, a ten scenariusz jest realizowany krok po kroku. Biedronka oraz Lidl - dwie sieci nadające ton handlowi spożywczemu w Polsce i zarabiające na nim najwięcej - swoje promocje przerzuciły na piątek i sobotę.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej