W ubiegłym roku gospodarka Unii Europejskiej wzrosła o 2,4 proc., strefy euro również o 2,4 proc., a Niemiec, największej gospodarki europejskiej, której stan ma znaczący wpływ na całą Unię – o 2,2 proc. Wyższą dynamikę – średnio 4,3 proc. – osiągnęły kraje Europy Środkowo-Wschodniej, które doganiają czołówkę, korzystając w ten sposób ze swoistej „renty zacofania”.

Wszędzie dobra koniunktura

Najszybciej rosła gospodarka Rumunii, najwolniej Chorwacji.  

Jedno nie ulega wątpliwości – gospodarki krajów Europy Środkowo-Wschodniej korzystają z uspokojenia rynków światowych. Ich waluty (w krajach, które nie przyjęły euro) są stabilne lub nawet zyskały w ubiegłym roku do euro i dolara, inflacja jest niska (z wyjątkiem trzech krajów bałtyckich), podobnie jak deficyty budżetowe. Nie istnieje też ryzyko nagłego odpływu kapitału, gdyż kraje Europy Środkowo-Wschodniej mają nadwyżki na rachunku bieżącym bilansu płatniczego lub niewielkie deficyty.

Najwyraźniej wbrew opiniom czarnowidzów wszystkie (albo prawie wszystkie) rządy wyciągnęły wnioski z kryzysu 2008 roku i preferują bardziej ostrożne strategie rozwoju. W efekcie tempo wzrostu spadło, ale spadło też ryzyko kryzysu.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej