Wystarczy natomiast rzut oka, by wiedzieć, że nasi piłkarze odwiedzili zapadłą prowincję, na której nie ma z kim przegrać. Za jedną z linii bocznych boiska, na którym odbędzie się mecz, rosną drzewa, a tuż za nimi leżą oddzielone płotem tory kolejowe. Trybuny brakuje, choć to stadion narodowy, ponoć niedawno zmodernizowany, i jest własnością państwową. W dodatku Łotysze z miesiąca na miesiąc grają coraz bardziej beznadziejnie. Jedynego gola w eliminacjach zawdzięczają samobójowi Macedończyków, a 21 straconych sprawia, że mają najgorszy po San Marino bilans na kontynencie.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej