24 kwietnia na stadionie Mendizorroza Barcelona wygrała ligowy mecz z Alavés 2:0. Nikt nie mógł sobie nawet wyobrazić, że na kolejne zwycięstwo na wyjeździe Katalończycy będą bardzo długo czekać. Fatalna seria trwa do dziś, choć symbolicznie nieszczęście zaczęło się 7 maja na Anfield Road, kiedy stojąca na progu finału Ligi Mistrzów drużyna Ernesto Valverde poległa z Liverpoolem 0:4.

Miliardowy budżet Barcy

To był wieczór, który złamał serca Katalończyków. Serca i wiarę w siebie, zaraz potem przyszła porażka z Valencią w finale Copa del Rey.
W dodatku słynna szkółka La Masia znów zaczęła zasilać wychowankami pierwszy zespół. Rewelacyjny 16-latek Ansu Fati i znakomity 21-latek Carles Pérez wdarli się między uznane gwiazdy. Paradoks polega na tym, że w chwili, gdy tak wiele jest dowodów siły giganta z Camp Nou, drużyna przeżywa głęboki kryzys sportowy. A w nieszczęsnych meczach wyjazdowych wręcz się kompromituje.
Prawda, że Luis Suárez i Leo Messi byli kontuzjowani, obaj nie mogą być w szczycie formy. Ale to nie powód, by drużyna z Katalonii oddawała dwa celne strzały w meczu. A taką właśnie średnią ma w tym sezonie poza Camp Nou. W Grenadzie, gdzie w sobotę Katalończycy przegrali 0:2, pierwszy i ostatni celny strzał oddał Messi na osiem minut przed końcem. To samo było w Dortmundzie, w starciu Ligi Mistrzów z Borussią, gdzie bezbramkowy remis uratował bramkarz Marc-André ter Stegen, broniąc rzut karny i kilka razy w nieprawdopodobnych sytuacjach. Jedyny celny strzał Barcelony to było uderzenie Suáreza na początku drugiej połowy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej