Dopingowanie reprezentacji kraju z bliska, czyli z trybun, jest dozwolone, ale tylko teoretycznie. Wymaga mnóstwa pieniędzy, wytrzymałości, wytrwałości i lekceważenia kryzysu klimatycznego. Więcej, niż kiedykolwiek wcześniej. I prawdopodobnie więcej, niż jakikolwiek kibic jest w stanie zaoferować.

Jeśli hipotetyczny mieszkaniec Łodzi, miasta położonego mniej więcej w środku Polski, zechce towarzyszyć siatkarzom w rozstrzygających grach trwających właśnie mistrzostw Europy, to najpierw musi wybrać się w podróż do holenderskiego Apeldoorn (1000 km drogą lądową), by tam w poniedziałek obejrzeć ćwierćfinałowy mecz z Niemcami.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej