Z Hamiltonem młody kierowca Ferrari zagrał w cykora dwa tygodnie temu na Monzy, torze dla Włochów świętym. Brytyjczyk już go wyprzedzał, już jechali koło w koło, gdy Leclerc skręcił delikatnie - ale jakże niebezpiecznie - w prawo.

- Odpuściłem, bo jestem blisko szóstego tytułu. Gdyby nie to, doszłoby do wypadku - tłumaczył później Hamilton, mistrz F1 w czterech z ostatnich pięciu sezonów. I zdecydowany lider klasyfikacji generalnej w tym roku.

Kto ma choć niewielkie pojęcie o tym, jakie ego mają mistrzowie F1, ten wie, że takie słowa nie przeszły swobodnie przez gardło człowieka, który wygrał 81 Grand Prix.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej