Po wtorkowym wieczorze jego nazwisko pozna cały świat. W piłce nie ma lepszej okazji niż Liga Mistrzów, by je rozsławić, a Erling Haaland porwał się jeszcze na popis niewiarygodny.

Zamiast powoli się oswajać z wielkim światem, gola belgijskiej drużynie Genk wbił po stu sekundach gry. Kolejnego – pół godziny później. Gdy schodził na przerwę, miał już trzy. Dokładnie tyle, ile oddał strzałów na bramkę. A cały porywający wieczór zakończył się zwycięstwem gospodarzy 6:2.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej