Zanim powalili Chiny oraz sensacyjnie Rosję, demonstrując niezwykły hart ducha i niezłomność, miałem do tych mistrzostw stosunek buntowniczy, podejrzliwy, a nawet wrogi. Już kiedy nasza drużyna przebiła się przez eliminacje, co fetowano jako wydarzenie epokowe, oklaskiwałem ją z entuzjazmem umiarkowanym, zastanawiając się, czy ktoś mnie tu czasem nie robi w balona.

Zdawałem sobie sprawę, co się dzieje. Oto Polacy gromadzili punkty m.in. dlatego, że rywale często nie wystawiali najjaśniejszych gwiazd – i tych oblatujących obręcze w NBA, która całą resztkę rozgrywek tradycyjnie klasyfikuje jako niepoważne podrygi dla amatorów, i wielu pozatrudnianych przez potentatów Euroligi, co z kolei zostało spowodowane konfliktem w koszykówce na Starym Kontynencie.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej