Gareth Bale oznajmia trenerowi, że owszem, pójdzie sobie precz, ale tylko jeśli Real Madryt przeleje mu na konto 51 mln euro, czyli wszystko, co gwarantuje mu wygasający dopiero za trzy lata kontrakt. W przeciwnym razie nigdzie się nie wybiera, zniesie nawet mające go zniechęcić uziemienie w rezerwie – będzie rzetelnie trenował, a w wolnym czasie zabawiał się na polu golfowym.

Niewykluczone, że te sceny z madryckiej szatni, przedstawiane kilka tygodni temu w brytyjskich mediach, to apokryf, jednak wydają się prawdopodobne, bo odkąd walijski skrzydłowy usłyszał, że jest zbędny, działo się wokół niego gęsto i niestandardowo.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej