Zanim rozprawili się z „Canarinhos” – to najbardziej adekwatne określenie, wygrali 3:0 – znów działo się niesłychanie. Oni wyjechali z hotelu na halę w Chicago, by zagrać o brąz, ich szef wyjechał na lotnisko, by wrócić do Polski. Od początku powtarzał, że do USA podróżuje niechętnie, bo wszystkich kluczowych graczy zostawił w Zakopanem, gdzie trwają przygotowania do kwalifikacji olimpijskich.

Na turnieju finałowym Ligi Narodów pojawił się spóźniony, kilka godzin przed środową inauguracją.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej