Powiedzieć o Heynenie „pracoholik” to użyć eufemizmu. Kiedy półtora roku temu zawarł umowę z PZPS, natychmiast wyleciał z Warszawy, żeby zdążyć na trening, który miał poprowadzić nazajutrz w niemieckim Friedrichshafen. A teraz nie mógł być nawet w Perugii, gdy tamtejszy klub ogłaszał, że powierza mu swoją drużynę – Belg przebywa w Chicago, gdzie grający w rezerwowym składzie polscy siatkarze wywołują sensację w turnieju finałowym Ligi Narodów. W nocy ze środy na czwartek pokonali 3:2 uchodzącą za głównego faworyta Brazylię.

Dotąd szefowie PZPS – zatrudniający zagranicznych selekcjonerów nieprzerwanie od 2005 r. – wymagali, żeby trener kadry narodowej skupił się na niej absolutnie. Choć byli tacy, którym zależało na utrzymaniu dwóch posad. Dzięki temu, że zmienili podejście na bardziej liberalne, działaczom łatwiej było jednak negocjować niższą pensję dla Heynena.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej