Po raz 11. Polska zagrała w finałowym turnieju Ligi Światowej i Ligi Narodów, ale nigdy wcześniej nie wystawiliśmy tak mocno eksperymentalnego składu. Już rok temu Vital Heynen wysłał do Francji drużynę, którą na pewno nie była wówczas najsilniejsza. Teraz jednak w składzie byli tylko trzej mistrzowie świata, z czego dwaj – Karol Kłos i Andrzej Wrona – zdobyli tytuły pięć lat temu, a trzeci – Bartosz Kwolek – w ostatnim mundialu był zmiennikiem, i to nie pierwszym. Poza tym Wrona do Chicago przyleciał z wakacji, a w kadrze był też Tomasz Fornal dopiero wracający do treningów po kontuzji.

W grupie trafiliśmy na Brazylię i Iran, które dla odmiany potraktowały Ligę bardzo serio, przysyłając do USA wszystko, co miały najlepszego. Ci pierwsi byli silniejsi niż w finale ostatnich mistrzostw świata, bowiem doszedł im Leal, naturalizowany Kubańczyk. My na naszego Wilfriedo Leona musimy poczekać jeszcze dwa tygodnie...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej