Zdezorientowani reporterzy zadają jej pytania o ulubionego mema i inne równie doniosłe, a ona – chce, by wołać na nią „Coco” – spełnia oczekiwania, udzielając odpowiedzi rozczulająco dziecinnych. Promienieje, bo na Instagramie doceniła ją mama Beyoncé, ulubionej piosenkarki. Mówi, że za premię z turnieju kupi sobie nową bluzę z kapturem. Po sensacyjnym zwycięstwie nad idolką Venus Williams zalewa się łzami, a potem zwierza, że nie płakała od sceny śmierci Iron Mana w ostatniej części „Avengersów” – to bodaj najsilniej świadczy o niedojrzałości, przecież każdy przytomny dorosły wie, że nie istnieje śmierć superbohatera nieodwracalna, że zostanie on wskrzeszony, gdy tylko pojawi się taka biznesowa potrzeba.

Im bardziej naiwniutko Gauff brzmi, tym bardziej baraniejemy, gdy psoci na korcie. Zdumiewa nawet nie to, że wyeliminowała Williams czy Magdalénę Rybárikovą, która zdążyła już zakosztować wimbledońskiego półfinału, ale zdolność do długotrwałego utrzymania maksymalnego skupienia. Schowana dotąd na 301. miejscu w rankingu WTA Amerykanka zaczęła rywalizację w kwalifikacjach, odniosła sześć wygranych z rzędu (każda z wyżej notowaną rywalką), dopiero w ostatniej zgubiła seta, potrafiła obronić dwie piłki meczowe i w ogóle wydźwignąć się z sytuacji głęboko kryzysowej, gra w sposób wykalkulowany i zdradzający rozbudzony zmysł taktyczny, wygląda na w pełni rozwiniętą atletycznie. Regularna seniorka. Dopiero gdy się odezwie, dostrzegamy w niej przeciwieństwo Grety Thunberg, zresztą niemal rówieśniczki. Jak sławna szwedzka aktywistka, która chce ocalić cywilizację przed kataklizmem klimatycznym, sprawia wrażenie kobiety w ciele dziewczynki, tak Gauff przypomina dziewczynkę w ciele kobiety.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej