W prawie 30-letniej historii kobiecych mistrzostw świata nie zdarzyło się tak, by w najlepszej ósemce zakotwiczyło aż siedem reprezentacji z Europy. Ba, raptem cztery lata temu w Kanadzie do ćwierćfinałów przedarły się tylko trzy takie ekipy - Niemcy, Anglia i Francja. Żadnej z nich nie było w finale. Stary Kontynent przez całe dekady traktował żeński futbol po macoszemu. Europejki z zazdrością patrzyły na USA, Brazylię, Kanadę, Japonię czy Australię. Kraje, gdzie piłkarki były wręcz abstrakcyjnie dla nas popularne. Ale to się zmieniło.

Europa w natarciu

Dziś reszta świata spogląda z zazdrością na Europę. W ćwierćfinałach mundialu we Francji zagrają Niemki, Francuzki, Angielki, Norweżki, Szwedki, Holenderki i - co jest największym zaskoczeniem - Włoszki. O malutki kroczek od sprawienia sensacji były Hiszpanki, które przegrały z Amerykankami po dwóch rzutach karnych. O drugim z nich nawet legendy USA mówiły, że była to najbardziej miękka "jedenastka" w historii. Tak czy siak, po starciach z Europejkami za burtą wylądowały Japonki, Brazylijki, Australijki, Chinki, Kanadyjki, Nigeryjki i Kamerunki. A może też spotkać to wkrótce broniące tytułu Amerykanki. W 1/4 finału zagrają bowiem: USA - Francja, Niemcy - Szwecja, Anglia - Norwegia i Włochy - Holandia.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej