W poniedziałkowym głosowaniu wspólna kandydatura Mediolanu i Cortiny d'Ampezzo pokonała Sztokholm 47:34.

I jeszcze raz się udało. Jeszcze raz Międzynarodowy Komitet Olimpijski wcisnął komuś zimowe igrzyska, choć kolejny raz była to droga przez mękę. Powszechnie już wiadomo, że na igrzyskach zarabiają olimpijskie władze oraz tych władz znajomi, krewni, partnerzy i partnerki. Gospodarze mogą co najwyżej ograniczyć straty, ale tak czy inaczej zostaną pewnie z niepotrzebnymi obiektami budowanymi specjalnie na igrzyska.

Graubünden, Innsbruck, Barcelona, Aosta, Telemark, Lillehammer – to tylko kilka miast, które rozważały ubieganie się o igrzyska. Zrezygnowały, bo nie znalazły poparcia ani w lokalnej społeczności, ani wśród władz. Po rozpoczęciu procedur po wstępnych rozmowach z MKOl wycofały się Sion, Graz i Sapporo. W Szwajcarii zdecydowało o tym referendum. Na tym samym etapie i w ten sam sposób odpadło Calgary. Władze miasta przekonywały mieszkańców, że koszty ograniczą do minimum, w kampanię promocyjną wpakowały ponad 12 mln dol., ale też referendum przegrały, co było dużym ciosem dla MKOl. Miasto, które gościło już IO w 1988 r., uchodziło za idealnego kandydata.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej