W styczniu wiele wskazywało na to, że Murray - były lider rankingu ATP i triumfator trzech Szlemów - zakończy karierę. - Może się jeszcze zobaczymy, ale niczego nie mogę obiecać - mówił kibicom po porażce w I rundzie Australian Open. Później przeszedł operację pachwiny, która po wielu miesiącach uwolniła go od bólu. Wznowił treningi, bardzo chciał zdążyć na Wimbledon, ale nie czuł się na siłach, by zagrać w singlu. Zamiast tego zaplanował występ w deblu i mikście.

To wydarzenie bezprecedensowe, bo najlepsi tenisiści świata niezwykle rzadko pojawiają się w deblowych drabinkach. Na Szlemach praktycznie im się to nie zdarza - Rogerowi Federerowi od 15 lat, Rafaelowi Nadalowi od 14, Novakowi Djokoviciowi od 12, a Murrayowi od 11.

Debliści zrozumieli wagę wydarzenia. Pierre-Hugues Herbert przyjął propozycję Murraya, choć planował zagrać jedynie singla. Poinformował nawet o tym rodaka Nicolasa Mahuta, z którym wygrali po razie każdy ze Szlemów. - Nie jest to najuczciwszy ruch względem niego, ale zagranie w Wimbledonie w parze z Murrayem to coś wyjątkowego. Nico zna to uczucie, bo w Brisbane grał w deblu z Federerem - powiedział Herbert. W parze z Murrayem nie będą faworytami, choć powinni być groźni dla każdego. W pierwszym turnieju po powrocie Brytyjczyk z Hiszpanem Feliciano Lopezem triumfowali w mocno obsadzonym deblu w Queen's Clubie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej