- Myślałem, że najlepszy moment mojej kariery to triumf w tym turnieju dwa lata temu. A przyszedł dopiero teraz - powiedział Hiszpan po ostatniej piłce finału, w którym pokonał Francuza Gillesa Simona 6:2, 6:7 (4-7), 7:6 (7-2).

Wtedy sprawił zaledwie niespodziankę, w niedzielę - sensację. Jego kariera nieuchronnie zmierza do końca. W kwietniu po blisko 17 latach wypadł z pierwszej setki rankingu ATP. W maju w Madrycie zadebiutował jako dyrektor turnieju. Wciąż jednak chce mu się biegać po korcie. Roland Garros był 69. kolejnym turniejem wielkoszlemowym, w którym zagrał. To zdecydowanie najdłuższa seria wśród wszystkich aktywnych tenisistów.

Turniej w Queens Clubie, obiekcie założonym pod koniec XIX wieku, to dla wielu tenisistów generalny sprawdzian formy przed Wimbledonem. Lopez zagrał tu dzięki dzikiej karcie od organizatorów przyznanej w uznaniu za triumf sprzed dwóch lat. To zawodnik bardzo niehiszpański - wysoki, rozmiłowany w akcjach serwis i wolej, jednej z najbardziej efektywnych taktyk na nawierzchni trawiastej. Cztery ze swoich siedmiu singlowych tytułów Lopez wywalczył właśnie na trawie. W finale z Simonem też biegał do siatki, a Francuz próbował go mijać uderzeniami po linii. Hiszpan wygrał o włos, zadecydował tie-break trzeciego seta.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej