Niespodziewanego sukcesu tego ostatniego na młodzieżowych mistrzostwach kontynentu poniekąd się spodziewałem, ponieważ już w eliminacjach reprezentacja wyglądała na świetnie wymyśloną, prawie jak nie z nadwiślańskiej zagrody - z krystalicznie klarownym planem gry, tym zdradliwiej niebezpieczną dla faworyzowanego rywala, im bardziej pozowała na uległą. Nie wywoływała skojarzeń z niesamowitą, absolutnie sensacyjną Grecją, która wzięła złoto na Euro 2004, ale już sugerowała, że też zamierza zawrzeć pakt z diabłem. I dzięki niej zacznę śnić na jawie.

Tak, toporna drużyna ośmielająca się zarżnąć kolejno Portugalię, Belgię oraz Włochy, czyli rywali technicznie powabniejszych, powstała jakby specjalnie dla mnie. W trakcie mundialu sprzed pięciu laty, gdy Grecy znów wyciskali maksimum ze swego mikroskopijnego potencjału, zwierzałem się na blogu ze skrytego marzenia: o reprezentacji Polski działającej jak synowie Hellady z lat 2004-14. Niekoniecznie wygrywającej z maniakalną regularnością, nie kolonizującej świata ani nie rewolucjonizującej futbolu, lecz wychodzącej z szatni z drobiazgowo rozpisaną taktyką, pedantycznie taktykę realizującą, do przesady poukładaną, do bólu - cudzego bólu - rzetelną, bezlitośnie wykorzystującą każdy strzępek szansy. Jako grupa silniejszą, niż obiecuje suma umiejętności jednostek. I wredną, przykrą w odbiorze. Zmorę dla estetów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej