Uściślając - takie mecze się nie zdarzają wtedy, gdy trwa prestiżowy turniej, a na boisku toczy się gra o medale. Niżej podpisany korespondent „Wyborczej” oglądał z bliska cztery mundiale i cztery mistrzostwa kontynentu, ale z trybun nigdy nie zdarzyło mu się widzieć, by rywali różniło aż tyle. Nawet w fazie grupowej. Tymczasem Polacy grali z Hiszpanami o podium, spotkania o brąz się na młodzieżowym Euro nie organizuje.

We Włoszech, gdzie turniej się odbywa, rozkochani w detalicznym opisywaniu meczu liczbami ludzie futbolu lubią stosować kategorię przewagi terytorialnej. Aby zwrócić uwagę, gdzie toczy się gra. Utrzymywanie się przy piłce to nie wszystko, można jałowo turlać ją w środku pola.

Przywołując to kryterium: na bolońskim, prawie pustym stadionie, Polacy usiłowali przeżyć na maleńkim skrawku ziemi, a Hiszpanie hasali po rozległym kontynencie. Kanonadę rozpoczęli natychmiast, a głęboko cofnięta biało-czerwona defensywa - dotąd zorganizowana, przemyślana, przebiegła - tym razem wyglądała na rozpaczliwie modlącą się o przetrwanie. Były strzały zablokowane, rykoszety, kolejne rzuty rożne, faworyci tańczyli we wrogim polu karnym z ujmującą swobodą. Oblężenie. Podwładni Czesława Michniewicza zachowywali się, jakby liczyli wyłącznie na gąszcz nóg i tułowi. Zasłonimy ojczyznę własnym ciałem, piłka nie przejdzie. O przetrzymaniu jej w środku pola nie było mowy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej