Nawet z Chelsea rozstał się Włoch niestandardowo. Roman Abramowicz tasuje trenerami jak żaden właściciel czołowego klubu w Europie, momentami wręcz nimi pomiata, w półtorej dekady na same karne odprawy wydał blisko 100 mln funtów. Aż wreszcie sam odebrał odszkodowanie – bo to Sarri rzucił, zaledwie po sezonie, londyński klub. Poinformował, że chce mieszkać bliżej przyjaciół i starzejących się rodziców, ale chemii między nim a Chelsea nie było nigdy. Pomimo więcej niż przyzwoitych rezultatów: trzeciego miejsca w lidze angielskiej (tylko uczestniczącymi w wyścigu wszech czasów Manchesterem City i Liverpoolem), triumfu w Lidze Europy, porażki w finale Pucharu Ligi dopiero w rzutach karnych.

A jednak turyńczycy, którzy Sarriego zatrudnili, podjęli decyzję zaskakującą, brawurową, a także obiecującą ekstremalne przeżycia. Zarówno ze względu na styl gry, jak i pochodzenie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej